Forum dyskusyjne BLOOD BROTHERS

- polskiego fanklubu Bruce'a Springsteena i The E Street Band
Teraz jest Pt kwi 27, 2018 12:02 am

Strefa czasowa: UTC [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Pt lip 01, 2016 12:33 pm 
Offline
Mr. Darkness
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 20, 2009 3:08 pm
Posty: 1690
Lokalizacja: Warszawa
27.06.2016

Ullevi Stadium, Goteborg

Start - 20:10

1. MARY'S PLACE
2. Out In The Street
3. My Love Will Not Let You Down
4. No Surrender
5. Something In The Night
6. Candy's Room
7. She's The One
8. Sherry Darling
9. You Can Look (But You Better Not Touch)
10. Two Hearts
11. Independence Day
12. Hungry Heart
13. JOLE BLON (Request)
14. The Price You Pay (Request)
15. The River
16. Racing In The Street
17. LUCKY TOWN (Request)
18. The Promised Land
19. I'm A Rocker
20. Working On The Highway
21. Darlington County
22. I'm On Fire
23. Tougher Than The Rest
24. Because The Night
25. The Rising
26. Badlands
**********
27. Jungleland
28. Born In The U.S.A.
29. Born To Run
30. Ramrod
31. Dancing In The Dark
32. Tenth Avenue Freeze-Out
33. Shout
**********
34. This Hard Land (Solo Acoustic)

Koniec - 23:39

Czas - 3:29

3 premiery - Mary's Place, Jole Blon i Lucky Town.
10 utworów z albumu The River, w tym jeden odrzut - Jole Blon.
Independence Day, The Price You Pay, Racing In The Street i Jungleland na jednym koncercie.



„…to become a man and grow up to dream again…”


Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba wybrać się na koncert do Goteborga. Najlepiej na drugi, bo ten zazwyczaj jest wyjątkowy i daje możliwość usłyszenia kilku rzadko granych utworów. Występ z 28 lipca 2012 roku utwierdził mnie w przekonaniu, że nie ma lepszego miasta niż Goteborg i stadionu niż Ullevi na zobaczenie Bruce’a Springsteen’a na żywo. Nie zawiodłem się. Najlepszy koncert, na jakim byłem. Nie muszę chyba tłumaczyć, iż od razu wiedziałem, że wrócę na Ullevi i po raz kolejny zachwycę się tą magią. Okazja trafiła się niespodziewanie, nikt bowiem nie przypuszczał, że E-Street Band, pod batutą Springsteen’a, ruszy w trasę bez wcześniejszego wydania albumu. Krótka trasa bez szumnych zapowiedzi – tak to wyglądało kilka miesięcy temu. Pojawiło się jednak kilka niespodzianek, jak np. dwa koncerty na legendarnym San Siro w Mediolanie czy aż trzy koncerty na słynnym Ullevi w Goteborgu. W zasadzie moją mini-trasę miałem już zaplanowaną. Pozostawało tylko odkurzyć moich compadres z ubiegłych lat i nakłonić ich do wspólnego wyjazdu – najpierw do Goteborga, niech będzie na drugi koncert. Chciałem zrobić kalkę wyniku spotkania z 2012 roku, tylko w innym składzie. Wtedy bezkompromisowe zwycięstwo, ukoronowane cudownym hat-trickiem w postaci Lost In The Flood-Backstreets-Jungleland. Teraz też miało być mocno i ciekawie…


„…grab your ticket and your suitcase…”


Po kilku tygodniach ekwilibrystyki, związanej z ciągłym rezerwowaniem i odwoływaniem kolejnych noclegów, w końcu udało się znaleźć coś pomiędzy komfortem a „na to nas stać”. Mowa o całkiem przytulnym mieszkaniu niedaleko centrum miasta, około 2,5km od stadionu. Ale chwila, przecież nawet nie wystartowaliśmy z Okęcia! Jak już się domyśliliście, wszystko było dopięte na ostatni guzik, a dzień wylotu – znany lepiej jako dzień pierwszego koncertu – zbliżał się wielkimi krokami. W sobotę 25 czerwca 2016 roku, około 12:30 spotkaliśmy się ponownie! Niczym przed drobiazgowo planowaną wyprawą na Mount Everest. Jednak nie wybieraliśmy się na zdobywanie Dachu Świata, nas interesowała stratosfera, a w niej Cozmic Kid a.k.a. Bruce Springsteen. Od wspólnego Wembley minęły ponad trzy lata (aż tyle?!). W międzyczasie było kilka koncertów i wyjazdów, ale nie było tej stra... atmosfery co na wyjazdach, towarzyszących koncertom Bossa. Tym razem mieliśmy być w Goteborgu, pierwszy raz razem. Napawało mnie to szczęściem…


„…run through the jungle…”


Lot przebiegł pomyślnie i po 16 byliśmy na lotnisku Landvetter, położonym około 25km od Goteborga. Szybkie rozeznanie, odebranie bagażu i do autokaru. Godzina 17:45, a my już mamy numerki do PIT-u. Nie, trochę za szybko, wrócmy do dworca autobusowego. Miasto przywitało nas słoneczną pogodą i dźwiękami Loose Ends, dobiegającymi z pobliskiej knajpy. Ktoś by powiedział „miło!”. Droga pod stadion i numerki. Osada namiotów znajdowała się w tym samym miejscu, co 4 lata temu. Panował w niej sielski klimat, więc zatrzymaliśmy się tam na chwilę. O 19:30 byliśmy umówieni po odbiór kluczy, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższe pogawędki, zwłaszcza że nie do końca wiedzieliśmy, w jakim kierunku iść… Na miejscu spotkaliśmy wspaniałych przyjaciół – niestrudzonych Izę i Michaela. Ten wyjazd musiał być udany!


„…hey vibes man, hey jazz man, play me your serenade…”


Spacer przez miasto z bagażami należał o dziwo do przyjemnych, pewnie za sprawą kapitalnych nastrojów i perspektywy, którą przed sobą mieliśmy. Dzięki pomocy kilku lokalnych mieszkańców bez większego trudu dotarliśmy po odbiór kluczy na czas. Mieszkanie spełniło nasze oczekiwania, więc po chwili odpoczynku ruszyliśmy z powrotem pod stadion. Już w drodze dobiegały nas dźwięki pierwszych utworów – a więc zaczęło się! Pierwszy koncert na Ullevi rozpoczął się… Tym razem krótszą i prostszą trasą dotarliśmy na miejsce, gdzie czekali na nas już Iza i Michael. Zupełnie jak kiedyś! Iście piknikowa atmosfera, na trawie pod samym stadionem, z piwem i winem musującym, którym uczciliśmy nasze spotkanie i koncert. Bajka… Pomimo, że pierwszy koncert rozczarował kilka osób, ja oceniam go jako bardzo dobry. Do tego rekordowy, bo 38 utworów zostało zagranych tylko raz – 31 grudnia 1980 roku podczas trasy The River. Był także drugim najdłuższym koncertem – trwał 3 godziny i 56 minut. Moim zdaniem utwór Drive All Night został zagrany najładniej właśnie od trasy The River. No cóż, nas jednak ten skądinąd świetny występ nie powalił z nóg, za to świetnie się bawiliśmy, porzucając wszelkie troski i żyjąc w całości w świecie koncertów Bruce’a Springsteen’a. Pewnie nie uwierzycie, ale w naszym gronie był mistyczny junk man we własnej osobie… Tak, tak. Nie trzeba nas było gonić do łóżek po koncercie. Byliśmy padnięci, więc zasnęliśmy błyskawicznie.


„…I’ve got blisters on my fingers!...”


Kolejny dzień w Goteborgu nie był dla nas łaskawy. W dodatku pogoda też nie rozpieszczała. Było chłodno i wietrznie, do tego padał nieprzyjemny deszcz. Cały dzień upłynął nam na roll-call’ach i szwendaniu się po mieście. Z całą pewnością możemy powiedzieć, że zgłębiliśmy siatkę komunikacyjną tramwajów miejskich w stopniu pozwalającym na podróżowanie z opaską na oczach. Tego dnia nabawiliśmy się odcisków na stopach, ja swoje mam nawet podczas pisania tego grafomańskiego popisu. Po całym dniu znów byliśmy wykończeni, a wieczór upłynął nam bardzo przyjemnie w domowym zaciszu, w przedkoncertowym skupieniu. Trzeba przyznać, że pomysł z mieszkaniem był trafiony. Mieliśmy urządzony, zielony balkon, na którym przesiadywaliśmy wieczorami, i aneks kuchenny, dzięki któremu zasiadaliśmy do wspólnych, wesołych śniadań z Izą i Michaelem. „Miło!”.

Wyrazów ponad 800 i liczba ta ciągle rośnie, język polski ustawiony… Nie miałem za bardzo pomysłu na rozpoczęcie tego tekstu, ale jakoś idzie… Ok, z reżyserki przenosimy się do surowej Szwecji.


„…stayin' alive…”


Kiedy ma się numerek do PIT-u, wówczas dzień koncertu jest dniem, w którym dużo się dzieje, dniem najczęściej niepotrzebnych nerwów. Po porannym zameldowaniu się na roll-call’u wróciliśmy na krótko do mieszkania, zabraliśmy ze sobą karabiny, hełmy, dwa worki jedzenia i 4 granaty. Byliśmy gotowi na wyczekiwanie przed stadionem! O 12:00 byliśmy na miejscu, krótki roll-call i kolejny o 14:00. W międzyczasie opustoszały 2 magazynki i jeden worek jedzenia. Nie, nie, bo jeszcze w to uwierzycie. Między czytaniem listy leżeliśmy na trawie i delektowaliśmy się zimnym piwem. Trafiła nam się nawet krótka ankieta, prowadzona przez sympatyczne studentki z Malmo. Potem już było tylko gorzej… Od 14:00 siedzieliśmy ustawieni w rzędy, jak bydło prowadzone na rzeź. Nic tam po karabinach, trzeba było to przetrwać. Około godziny 16:00 rozbrzmiały pierwsze dźwięki soundcheck’u – my słyszeliśmy Mary’s Place i Into The Fire. Jeszcze kilka minut i stało się – byliśmy wprowadzani na stadion Ullevi


„…dead man walking…”


Na płycie było spokojnie, więc bez większego trudu zajęliśmy bardzo dobre miejsca blisko sceny i środka. Tylko junk man, dla własnego komfortu, stanął z tyłu PIT-u. Znacie to uczucie, kiedy czeka się na rozpoczęcie koncertu? Płyta jeszcze siedzi, do pierwszego gwizdka jakieś trzy godziny, czas nie istnieje… Jest jeszcze taki mankament, dosłownie drobiazg, który urozmaica to wyczekiwanie. Przypomina czekanie w okopach na ostrzał z linii wroga. Wiadomo, że nadejdzie, tylko nie wiadomo kiedy. Nagle bach, wystrzał! Bramki otwarte, konie ruszyły! Wszyscy się poderwali, nawet nie zdążyłem założyć butów! Na szczęście nie straciliśmy naszych miejsc. Zostały utrzymane, teraz pozostało już tylko czekać na rozpoczęcie spektaklu…


„…are you ready for a swedish house party?!...”


Najpierw oświetleniowcy wchodzą przy oklaskach ludzi. Potem Kevin brzdąka od niechcenia, wreszcie zaskoczył Pete’s Big HDTV i mamy to! Godzina 20:10 i muzycy E-Street Bandu wychodzą na scenę! Jeszcze moment i pojawia się sam Bruce Springsteen, witając entuzjastycznie żądny muzyki tłum. Zaczęło się od Mary’s Place, który świetnie wprowadził nas w koncertowy nastrój. Nagle wszystko zniknęło i zostały tylko scena i my. Springsteen wyraźnie chciał rozruszać publiczność, grając skoczne utwory, być może deszcz ostudził trochę zapał ludzi. Po kwadransie się naprawdę zaczęło – Something In The Night - piękna ballada z albumu Darkness On The Edge Of Town. Nigdy nie będzie dosyć takich utworów na żywo. Nie można było narzekać na Bruce’a, ten był w świetnej dyspozycji i dodatkowo w znakomitym nastroju, być może dzięki pojawieniu się ponownie Patti, która była na obu koncertach na Ullevi. Po rozpaczliwym śpiewie, kończącym Something… pojawiły się Candy’s Room i She’s The One – cudownie. Uwielbiam te dwa utwory, zresztą wszyscy je uwielbiamy, więc cieszyliśmy się każdą chwilą z wykonywania ich przez zespół. Przy Sherry Darling cały stadion bawił się w najlepsze, po nim przyszła cała parada kawałków z płyty The River. Warto wspomnieć, że Two Hearts został wzbogacony o sentymentalny fragment „It Takes Two” w wykonaniu Bruce’a i Steve’iego. Co za przyjemny widok… Następnie instrumenty ucichły, a stadion zamarł. Roy zaczął grać Independence Day. Utwór ten został poprzedzony wzruszającą historią, opowiedzianą przez Springsteen’a. Samo wykonanie poruszyło chyba wszystkich. Niesamowity moment koncertu. Wspaniałą niespodzianką było wykonanie niezwykle rzadko granego kawałka Jole Blon – na życzenie jednego z fanów. Od razu przypomniałem sobie bootlegi z 1981 roku, które katowałem na śmierć. Fajnie było usłyszeć to na żywo…


„…4(1) shots…”


14. The Price You Pay
15. The River
16. Racing In The Street
17. Lucky Town

To zdecydowanie najlepszy czteropak, jaki kiedykolwiek dostałem w życiu. The Price You Pay było największym zaskoczeniem. Wszyscy chcieliśmy go usłyszeć, ale nie wiązaliśmy z tym dużych nadziei. Wykonanie było świetne, nie zawiodłem się ani trochę, dałem się porwać i śpiewałem. The River jak zawsze piękny, ze śpiewającym tłumem i nieśmiertelną harmonijką. Nigdy za wiele. Potem przyszła kolej na, moim zdaniem, najpiękniejsze wykonanie tego koncertu – Racing In The Street. Springsteen znów był wzruszony, śpiewał pięknie. Jak zawsze błyszczał Roy. Jednak to nie było jego regularne postludium fortepianowe. Słyszałem już ten utwór dwa razy i tym razem było inaczej. Roy grał jak natchniony, a Bruce pozwolił mu na to. To była niekończąca się fortepianowa podróż Chevroletem z ’69. To agresywne staccato , to porywający pasaż. Całość przy akompaniamencie akustycznych gitar, narastającej perkusji i Telecastera Springsteen'a. W życiu czegoś takiego nie słyszałem, to było niesamowite, naprawdę piękne. Lucky Town został zaś zagrany z takim wykopem, że mało co nie odlecieliśmy. To było kapitalne wykonanie, z rockowym zacięciem, pamiętającym sporo młodszego Bruce’a. To była także najlepsza solówka gitarowa Springsteen’a, jaką dane mi było słyszeć na żywo. To było wykonanie z trasy Human Touch/Lucky Town.


„…tonight in jungleland…”


Kolejne utwory przebiegały w znakomitej atmosferze, dużą niespodzianką był I’m A Rocker, z przebojowymi organkami Roy’a, i pięknie zaśpiewany przez Bruce’a i Patti Tougher Than The Rest. Ten drugi był naszym pierwszym utworem z płyty Tunnel Of Love. Niezwykle przyjemnie oglądało się ich razem przy mikrofonie, zupełnie jak sprzed 28 lat… Badlands zawsze brzmi tak, jak w 1978 roku. Zwłaszcza świetnie wkomponowuje się w koniec głownego setu, jak to ostatnimi czasy ma w zwyczaju robić Springsteen. Ech, długo się zastanawiałem, jaki jeszcze utwór przygotuje Bruce na drugi koncert w Goteborgu. Najwięcej szans dawałem na majestatyczny Jungleland i tak też się stało. To było jak koncert życzeń i ten się spełniał. Jak zawsze przejmujące wykonanie, dla mnie po raz drugi przy rozświetlonym stadionie Ullevi. Pełne zmian tempa, pełne emocji. Jake zagrał bez zarzutu. Koniec poruszający, dla mnie zawsze najlepszy, najbardziej doniosły. Niczym runięcie ze snu, z którego budzą się bohaterzy albumu Born To Run. To jak wylanie całej romantyczności z wielkiego dzbana w jednej chwili. Ostatnia minuta Jungleland to także jedna z najpiękniejszych wokaliz w muzyce... Tak się kończy płyta, tak się kończy utwór…


„…let’s get ready to roadhouse!...”


Z pierwszymi dźwiękami Born In The U.S.A. do końca koncertu trwała wielka, rockowa impreza. Ciężko uwierzyć, że Born To Run brzmi tak świeżo na żywo pomimo 40-letniego stażu! Ramrod to jeden z najlepszych pomysłów na świetną zabawę. Sam się uśmiałem, patrząc, jak Bruce i Steve po raz kolejny żartują sobie w trakcie grania, wykorzystując znany motyw „It’s Boss time!” – to się naprawdę nie nudzi, a oglądanie zespołu na 12 cylindrach daje niebywałą przyjemność. O dziwo Bruce zrezygnował w Goteborgu ze Stadium Breaker i po raz drugi zagrał Shout. Nie narzekaliśmy, zabawa była przednia, a okrzykom Springsteen’a nie było końca. Koncert zakończył akustycznym This Hard Land


„…and meet me in a dream of this hard land…”


To było to. Przeżyliśmy to. Znów w Goteborgu, znów na Ullevi. Nieważne, co było po koncercie, jak wróciliśmy do domu, co jedliśmy, jak spaliśmy. Było po koncercie. Naszym wspólnym, najlepszym koncercie. To była magiczna noc, a my byliśmy jej częścią.


„…all aboard, San Siro’s our next stop!...”


Ostatnio edytowano N lip 10, 2016 11:05 pm przez Jacek Kubiak, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
Cytuj  
PostNapisane: So lip 02, 2016 3:35 pm 
Offline
Blood Brothers + Admin

Dołączył(a): Cz lis 11, 2004 9:29 pm
Posty: 4004
Lokalizacja: Warszawa
Ładnie opowiedziane :lol:


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
Cytuj  
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa: UTC [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL